niedziela, 24 października 2010

Odezwa (pół)prywatna

Zwracam się do rodowitych córek i synów Ziemi Śląskiej i do wszystkich szczerych serc nieśląskich, którzy Ziemię Śląską wybrali za swą małą ojczyznę, ale z nami wspólnie kochają tę Ziemię, z propozycją zainicjowania intelektualnego ruchu myśli śląskiej. Zamysł mój, choć jeszcze nieopierzony i w konkretach jeszcze niewyartykułowany, postaram się w zarysie prostym przedstawić. Wpierw jednak powiedzieć chcę i muszę, parę słów o przyczynach takiego zamysłu.

Otóż boli mnie od dawien dawna obiegowo krążąca opinia o nas Ślązakach, zarzucająca nam, jakobyśmy byli narodem prostackim, tylko ciężkiej pracy fizycznej godni i sposobni. Jest to kłamliwe, niesprawiedliwe i obłudne mniemanie, rozpowszechniane przez dawnej i obecnej proweniencji nieżyczliwe nam „polskie” środowiska. Piszę „polskie” w cudzysłowie z wielką przykrością i bólem. Nie powinienem tak mówić, boć i my Ślązacy Polakami jesteśmy. W samej rzeczy tak jest. Posądzenia o brak własnej rodowitej inteligencji słyszało się już w latach przedwojennych, w których na świecie mnie nie było, ale znam je z opowiadań mych rodziców. Są dla tych opinii pewne przesłanki w charakterze naszych współplemieńców. Skromność jest pierwszą... (nie wiem co powiedzieć) wadą. Nazwał to trybun Ślązaków Kazimierz Kutz zbyt ostrym słowem: dupowatość. A może jest to zaletą charakterologiczną? Dalszą przesłanką jest pracowitość wpajana dzieciom od zarania. Znów mam dylemat, bo przez to uważają nas za naród roboli. Uczciwość, po polsku - frajerstwo, co ja zwię umiłowaniem prostych szczerych relacji międzyludzkich. Silne więzi rodzinne widoczne przez kilka pokoleń. Też rubaszność w mowie śląskiej i umiejętność żartowania z siebie samych.

Mamy wielu koryfeuszy różnych dziedzin nauki, sztuki i techniki o śląskim rodowodzie, ale na tle wyżej wymienionych cech z małą siłą przebicia. Zamysłem moim - może zbyt naiwnym - jest zainicjowanie potrzeby zbierania się ludzi inteligentnych i stworzenie kuźnicy myśli swobodnej osadzonej w naszej tożsamości i historii śląskiej. Nie mogą to być żadne gremia o zabarwieniu politycznym, lecz ludzie czystych serc i intencji. Wiążę z tą inicjatywą przyszłe fakty wykluwania się form działalności na rzecz wzmocnienia śląskości w wielkiej rodzinie narodów polskich i europejskich. Może ktoś w mej intencji dopatrzy się zabarwienia nacjonalistycznego, nie wypieram się tego. Jest to próba buntu przeciw ogarniającej dzisiejsze czasy unifikacji ludzkiej działalności i przerażającej w skutkach globalizacji. Chcę przerwać dyskryminację Ślązaków we własnym kraju. Wszak dyrektywy unijne - mające moc prawa - nakazują otaczać wszelką opieką mniejszości i odmiany etniczne. Pielęgnować ich działania, bo to są wyznaczniki bogactwa kulturowego wielonarodowej Europy. Nie jest to żadna myśl o secesji, którą w świadomej niewiedzy zarzucają nam, Ślązakom, przeciwnicy dobrej ustawy o mniejszości narodowej, etnicznej i języku regionalnym. Może w tej inicjatywie da się wygenerować dobrą wolę polityków ze Śląska w którymś kolejnym rozdaniu wyborczym.

Takie nieformalne spotkania (nocne Ślązaków rozmowy) mogłyby się odbywać w jakiejś miłej zacisznej kawiarence przy kufelku złotej zupy chmielowej i kromce chleba z tustym. Wielkiego wsparcia mógłby tu udzielić Związek Górnośląski i na wskroś śląskie Rado Piekary. Sam tej mej inicjatywy nie zrealizuję, przeto liczę na wsparcie ludzi podobnie myślących, i w tej nadziei przedstawiam Szanownym Czytelnikom mego bloga, moje myśli nieuczesane, ale z pewnością naznaczone internacjonalizmem.

czwartek, 14 października 2010

Beznadzieja polityczna

Przed nami kolejne odsłony teatru narodowego jakim wydają mi się wybory.
Jest to swoisty reality show z elementami wielkiego kłamstwa i obłudy.
Jest to też kłamliwym festiwalem obietnic składanych przez kandydatów
do dwojga stopni władz krajowych. Startujący kandydaci są w stanie obiecać wszystko co jest chwytne w kampanii wyborczej. Sądzę, iż byliby w stanie obiecać nam wyborcom (mięsu wyborczemu) wszystko wraz z biletem wolnego wstępu do nieba. Wszystko to za cenę zdobycia władzy.
Pamiętam wielokrotnie powtarzane słowa jednego z większych prominentnych polityków, iż jego celem jest ZDOBYCIE WŁADZY.
Władzy nad nami, nad naszym życiem doczesnym. Nic nie mówi o tym co chciałby dla nas wyborców zrobić dobrego, choć to dobro jest naszą największą złudną nadzieją. Nazwiska tego polityka nie wymieniam z obawy by mnie po
sądach nie zamyślił włóczyć jak to ma wpojone w swej chorej jaźni.
Wasza bystrość zidentyfikuje tego polityka.
Politycy lokalni i krajowi mają wielką energię, którą pcha ich do władzy.
Prawie całość tej energii po wyborze jest zużytkowana na wzajemne dołowanie się w koteriach partyjno-politycznych. Za nic mają potrzeby życia codziennego
narodu, interesuje ich tylko walka ideolo-partyjno-genetyczna.
Satysfakcji i zadośćuczynienia nieskrywanym uczuciom nienawiści poświęcają
całą swa energię, czas i działania. Wyznają mitologiczną zasadę bogów z Olimpu, mówiącą o tym, że zemsta (tu polityczna) jest ich największą rozkoszą. Mała literę w słowie-bogów używam celowo, bo takich bogów nie szanuję.
Odrazą napawa mnie (może i Was?) głosowanie na takich „wybrańców narodu”. Na razie nie widzę jutrzenki zmian tego stanu rzeczy, bo na zmianę systemu ordynacji wyborczych żadna z istniejących dziś partii nie wyrazi zgody. Tyle smutnych konstatacji na dzień dzisiejszy.