niedziela, 21 listopada 2010
Myśli smutne w poranek wyborczy
Byłem swego czasu radnym w mej miejscowości, a wcześniej przez wiele lat interesowałem się pracami każdego kompletu radnych i władz miasta, i robię to do dziś. Nasuwają mi się pewne wnioski i są smutne. Otóż w miarę upływu czasu działania tych kompletów są w coraz rosnącym stopniu naznaczane walką naszych "wybrańców" między sobą. Cała ich energia idzie w organizowanie tej walki zaczynającej się już wcześniej w okresie tzw. kampanii wyborczej, którą nazwałbym raczej "okresem tworzenia się hord zespolonych głównie nienawiścią do inaczej myślących i wspólnotą celu jakim jest zdobycie władzy". To zdobycie władzy staje się celem samym w sobie. Przypominają mi się słowa prominentnego polityka czerwonych lat: "Raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy!". Zapominają, iż są powoływani - przez nas wyborców - do działań na rzecz rozwiązywania problemów społecznych. Ich satysfakcja z posiadania władzy jest dla nas wyborców rzeczą mało ważną, bo nie o ich satysfakcję nam chodzi, a o ich skuteczność w działaniu. Ze smutkiem konstatuję, iż napięcia walki tych hord przeradzają się we wzajemną nienawiść, która kreuje wzajemną nienawiść w części bezrefleksyjnego odłamu społeczeństwa. Takie sianie nienawiści powoduje przekonanie o (jakoby istniejącym) podziale społeczeństwa na prawdziwych i nieprawdziwych Polaków. Wydaje mi się to jakąś zbiorową hipnozą. Przecież jesteśmy w znakomitej większości społeczeństwem katolickim, wyznającym zasady dekalogu, który potępia nienawiść nakazując kultywowanie miłości bliźniego w jednym z najważniejszych przykazań. Co się to porobiło?
Co, a bardziej kto to wprowadza? Wy - szanowni czytelnicy mych myśli - wiecie i ja wiem. To elity polityczne wszystkich barw ostatnich lat. Przykład idzie z góry. Jesteśmy narodem, który wielokrotnie w historii dał przykład skutecznego łączenia się w obliczu zagrożenia zewnętrznego. Skutecznie te zagrożenia odpieraliśmy, ale z chwilą odzyskania choćby tylko przyczółka wolności, wstępował w nas demon niezgody i budować, pracować od podstaw nie potrafiliśmy. Co za fatum nas wiedzie? Jak odwrócić ten szkodliwy trend?
Może trzeba zwrócić się do czołowych haseł polskiego pozytywizmu. Pozytywiści rozumieli konieczność pracy na rzecz najbiedniejszych i najbardziej upośledzonych warstw narodu, które mając możność pełniejszego włączania się w struktury społeczne, swoją pracą pomnożą bogactwo ogólnonarodowe. Sięgnąć trzeba do zajmujących miejsce u podstaw społeczeństwa, do warstw wykształconych, a mamy ich w dużej ilości dzięki wysokiemu dziś stopniu scholaryzacji. Tu wielkim cieniem kładzie się potwarz rzucona na nasz naród przez prominentnego dziś polityka słowami o wykształciuchach. Już tę pogardę przeżyliśmy, jak wspomnimy sobie słowa nienawistne wypowiedziane przez równie prominentnego polityka czerwonego okresu, niejakiego Wiesława. Jego niechęć do inteligencji była jedną z przewodnich myśli jego polityki. Pamiętna jest jego nienawiść m.in. do: Pawła Jasienicy, Adama Michnika czy Leszka Kołakowskiego. Moim zdaniem, jeśli dziś jakiś polityk emanuje nienawiścią do innych polityków na publicznych forach, to sam skazuje się na banicję z obszaru publicznego.
Chciałbym doczekać czasów, gdy merytoryczna, rzeczowa i inteligentna rozmowa zastąpi słyszane dziś między politykami nieetyczne, prawie wulgarne ujadania. Myślę jednak tak jak koryfeusz polskiej myśli politycznej Leszek Kołakowski, że żyjąc w kraju chrześcijańskim, doświadczymy siłę tego chrześcijaństwa, która objawi się w świadomości społecznej umiejętnością budowania zapór przeciwko nienawiści. Bo, zaiste sama wiara w Jezusa - odkupiciela byłaby próżna i martwa, gdyby nie pociągała za sobą rezygnacji z motywu nienawiści, zgodnie ze słowami powtarzanymi w codziennej naszej modlitwie Pańskiej: "odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom".
Zamykam stronę i idę w kierunku urny, by swoją małą mocą oddanego głosu, chociaż iluzorycznie wziąć udział w narodowej debacie. Życzę wszystkim doskonałych wyborów!
J u r g i s
sobota, 13 listopada 2010
Moje wątpliwości ekonomiczno-ideologiczne
Od wielu lat wraca w niekończących się rozmowach na forum rodziny lub na spotkaniach przyjacielskich temat relacji między bogactwami naturalnymi tkwiącymi w naszej Ziemi Śląskiej a pożytkami z nich płynącymi. Jedna ze stron w tych rozmowach uważa, iż pożytki z posiadania określonych bogactw naturalnych i ich wydobywania powinny być własnością całego narodu. Jak było od zarania wieków.Otóż pożytki te - nazwijmy je zyskami - były udziałem, własnością właściciela ziemi, pod którą zalegały. Reszta narodu nie miała w tym udziału. Szczególna grupa ludzi pracujących przy ich wydobywaniu miała przy tym pracę, w której była wykorzystywana w sposób prawie niewolniczy. Czy zapłata za ich prace była jakąś formą udziału w korzyściach eksploatacyjnych?
Szły lata i wieki, zmieniały się formy własności, zmieniali się właściciele od królów, książąt, przez różne spółki aż do formy znacjonalizowanej przez państwo od wieku XIX aż do dni obecnych. Dziś mamy preferowaną przez wszystkie opcje polityczne prywatyzację, co jest odmianą prywatnej własności praktykowanej już w wiekach dawnych. Co ma z tego naród nie będący w żadnym prawnym stosunku własnościowym do omawianych dóbr? Nabywający np. kopalnię nowoczesny właściciel będzie czerpał korzyści z eksploatacji złoża tylko dla siebie, płacąc na rzecz państwa tylko należne podatki, opłaty koncesyjne i niewiele więcej. Czy to jest sprawiedliwe na miarę świadomości społecznej XXI wieku?
Nie potrafię sobie odpowiedzieć na te wątpliwości. Wedle jakiej ekonomii mają być regulowane zasady podziału pożytku z bogactw naturalnych tkwiących w ziemi? I ich przetwarzania. Sensownym wydał mi się pomysł by sprawami eksploatacji, przetwarzania i sprzedaży zajmował się jakiś ekonomiczny twór i by korzyściami obdzielona została cała populacja narodu. Już mi to wszystko zaczęło pasować, gdy wtrącił mi się jakiś domorosły ideolog mówiąc, iż już to przerabialiśmy i nazywało się to komuną, w której obowiązywały takie przykazania:
1. Wyeliminowanie prywatnego monopolu z kluczowego dla społeczeństwa przemysłu;
2. Zmniejszenie nierówności społecznych;
3. Ograniczenie wolnej konkurencji i tworzenie państwowego monopolu;
4. Zmiana odpowiedzialności przed właścicielami, na odpowiedzialności przed “bardziej sprawiedliwą” władzą państwową;
5. Nacjonalizacja zyskownych przedsiębiorstw, aby ich dochody zasilały państwo, a nie prywatnych udziałowców;
6. Nacjonalizacja upadających firm, aby uchronić je przed skutkami niegospodarności dzięki czemu za błędy managerów płacą wszyscy obywatele, a nie tylko przedsiębiorstwo.
Byliśmy świadkami krachu takiego rozwiązania. Trwa to do dziś. I co dalej? Podobne wątpliwości dotyczą innych rodzajów krajowej działalności przemysłowej i rolniczej. Jaki model pozyskiwania korzyści z dóbr naturalnych i ich przetwarzania byłby idealnie sprawiedliwy? Czy ktoś mógłby mi podać bodajże kierunek myślenia w tej materii? Czy na tym - ponoć - najlepszym świecie jest do pomyślenia idealna sprawiedliwość? Jeśli kogoś to zainteresowało, to proszę o udział w dyskusji.
Wszelkiej sprawiedliwości wszystkim życzący
J u r g i s
sobota, 6 listopada 2010
Szeleszcząca Polska Jesień
Szumią uschłe liście drzew,
Szumi sad ofertą sutą,
Szumi wszelki polny krzew.
Szczerzy zęby kołek w płocie
Szczerbą tkwiący w sztachet rzędzie.
Wiszą na nim grochu krocie
Nim spiżarnia pełna będzie.
Zaś u Dziadka we wsi strojnej
Pełen sąsiek plonów szczodrych,
Które dzięki pracy znojnej
Chlebków nam przysporzą dobrych.
Mości sobie myszka mała
Ciepły domek z kłosków zboża,
Też wiewiórka ruda cała
Myka po gałęziach hoża.
Chwalmy polską jesień naszą
Co barwniejsza jest od tęczy,
Niech nam zimą nie pogaszą
Barwy flory -dyskurs wdzięczny.
Szczęście człowiek szczerze mieści,
W tym co czci od zamierzchłych lat.
Słuchać chatko gdy nas pieści
Dobrym słowem przyjazny świat.