niedziela, 21 listopada 2010

Myśli smutne w poranek wyborczy

Siedzę sobie sam w towarzystwie moich myśli i filiżanki kawy we wczesny poranek dnia wyborczego. Cóż to się dzisiaj stanie? Ano wybierzemy nowy komplet zarządców naszego życia powszedniego. Takie będzie to życie jaki będzie ten komplet.

Byłem swego czasu radnym w mej miejscowości, a wcześniej przez wiele lat interesowałem się pracami każdego kompletu radnych i władz miasta, i robię to do dziś. Nasuwają mi się pewne wnioski i są smutne. Otóż w miarę upływu czasu działania tych kompletów są w coraz rosnącym stopniu naznaczane walką naszych "wybrańców" między sobą. Cała ich energia idzie w organizowanie tej walki zaczynającej się już wcześniej w okresie tzw. kampanii wyborczej, którą nazwałbym raczej "okresem tworzenia się hord zespolonych głównie nienawiścią do inaczej myślących i wspólnotą celu jakim jest zdobycie władzy". To zdobycie władzy staje się celem samym w sobie. Przypominają mi się słowa prominentnego polityka czerwonych lat: "Raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy!". Zapominają, iż są powoływani - przez nas wyborców - do działań na rzecz rozwiązywania problemów społecznych. Ich satysfakcja z posiadania władzy jest dla nas wyborców rzeczą mało ważną, bo nie o ich satysfakcję nam chodzi, a o ich skuteczność w działaniu. Ze smutkiem konstatuję, iż napięcia walki tych hord przeradzają się we wzajemną nienawiść, która kreuje wzajemną nienawiść w części bezrefleksyjnego odłamu społeczeństwa. Takie sianie nienawiści powoduje przekonanie o (jakoby istniejącym) podziale społeczeństwa na prawdziwych i nieprawdziwych Polaków. Wydaje mi się to jakąś zbiorową hipnozą. Przecież jesteśmy w znakomitej większości społeczeństwem katolickim, wyznającym zasady dekalogu, który potępia nienawiść nakazując kultywowanie miłości bliźniego w jednym z najważniejszych przykazań. Co się to porobiło?

Co, a bardziej kto to wprowadza? Wy - szanowni czytelnicy mych myśli - wiecie i ja wiem. To elity polityczne wszystkich barw ostatnich lat. Przykład idzie z góry. Jesteśmy narodem, który wielokrotnie w historii dał przykład skutecznego łączenia się w obliczu zagrożenia zewnętrznego. Skutecznie te zagrożenia odpieraliśmy, ale z chwilą odzyskania choćby tylko przyczółka wolności, wstępował w nas demon niezgody i budować, pracować od podstaw nie potrafiliśmy. Co za fatum nas wiedzie? Jak odwrócić ten szkodliwy trend?

Może trzeba zwrócić się do czołowych haseł polskiego pozytywizmu. Pozytywiści rozumieli konieczność pracy na rzecz najbiedniejszych i najbardziej upośledzonych warstw narodu, które mając możność pełniejszego włączania się w struktury społeczne, swoją pracą pomnożą bogactwo ogólnonarodowe. Sięgnąć trzeba do zajmujących miejsce u podstaw społeczeństwa, do warstw wykształconych, a mamy ich w dużej ilości dzięki wysokiemu dziś stopniu scholaryzacji. Tu wielkim cieniem kładzie się potwarz rzucona na nasz naród przez prominentnego dziś polityka słowami o wykształciuchach. Już tę pogardę przeżyliśmy, jak wspomnimy sobie słowa nienawistne wypowiedziane przez równie prominentnego polityka czerwonego okresu, niejakiego Wiesława. Jego niechęć do inteligencji była jedną z przewodnich myśli jego polityki. Pamiętna jest jego nienawiść m.in. do: Pawła Jasienicy, Adama Michnika czy Leszka Kołakowskiego. Moim zdaniem, jeśli dziś jakiś polityk emanuje nienawiścią do innych polityków na publicznych forach, to sam skazuje się na banicję z obszaru publicznego.

Chciałbym doczekać czasów, gdy merytoryczna, rzeczowa i inteligentna rozmowa zastąpi słyszane dziś między politykami nieetyczne, prawie wulgarne ujadania. Myślę jednak tak jak koryfeusz polskiej myśli politycznej Leszek Kołakowski, że żyjąc w kraju chrześcijańskim, doświadczymy siłę tego chrześcijaństwa, która objawi się w świadomości społecznej umiejętnością budowania zapór przeciwko nienawiści. Bo, zaiste sama wiara w Jezusa - odkupiciela byłaby próżna i martwa, gdyby nie pociągała za sobą rezygnacji z motywu nienawiści, zgodnie ze słowami powtarzanymi w codziennej naszej modlitwie Pańskiej: "odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom".

Zamykam stronę i idę w kierunku urny, by swoją małą mocą oddanego głosu, chociaż iluzorycznie wziąć udział w narodowej debacie. Życzę wszystkim doskonałych wyborów!

J u r g i s

sobota, 13 listopada 2010

Moje wątpliwości ekonomiczno-ideologiczne

Od wielu lat wraca w niekończących się rozmowach na forum rodziny lub na spotkaniach przyjacielskich temat relacji między bogactwami naturalnymi tkwiącymi w naszej Ziemi Śląskiej a pożytkami z nich płynącymi. Jedna ze stron w tych rozmowach uważa, iż pożytki z posiadania określonych bogactw naturalnych i ich wydobywania powinny być własnością całego narodu. Jak było od zarania wieków.Otóż pożytki te - nazwijmy je zyskami - były udziałem, własnością właściciela ziemi, pod którą zalegały. Reszta narodu nie miała w tym udziału. Szczególna grupa ludzi pracujących przy ich wydobywaniu miała przy tym pracę, w której była wykorzystywana w sposób prawie niewolniczy. Czy zapłata za ich prace była jakąś formą udziału w korzyściach eksploatacyjnych?


Szły lata i wieki, zmieniały się formy własności, zmieniali się właściciele od królów, książąt, przez różne spółki aż do formy znacjonalizowanej przez państwo od wieku XIX aż do dni obecnych. Dziś mamy preferowaną przez wszystkie opcje polityczne prywatyzację, co jest odmianą prywatnej własności praktykowanej już w wiekach dawnych. Co ma z tego naród nie będący w żadnym prawnym stosunku własnościowym do omawianych dóbr? Nabywający np. kopalnię nowoczesny właściciel będzie czerpał korzyści z eksploatacji złoża tylko dla siebie, płacąc na rzecz państwa tylko należne podatki, opłaty koncesyjne i niewiele więcej. Czy to jest sprawiedliwe na miarę świadomości społecznej XXI wieku?



Nie potrafię sobie odpowiedzieć na te wątpliwości. Wedle jakiej ekonomii mają być regulowane zasady podziału pożytku z bogactw naturalnych tkwiących w ziemi? I ich przetwarzania. Sensownym wydał mi się pomysł by sprawami eksploatacji, przetwarzania i sprzedaży zajmował się jakiś ekonomiczny twór i by korzyściami obdzielona została cała populacja narodu. Już mi to wszystko zaczęło pasować, gdy wtrącił mi się jakiś domorosły ideolog mówiąc, iż już to przerabialiśmy i nazywało się to komuną, w której obowiązywały takie przykazania:
1. Wyeliminowanie prywatnego monopolu z kluczowego dla społeczeństwa przemysłu;
2. Zmniejszenie nierówności społecznych;
3. Ograniczenie wolnej konkurencji i tworzenie państwowego monopolu;
4. Zmiana odpowiedzialności przed właścicielami, na odpowiedzialności przed “bardziej sprawiedliwą” władzą państwową;
5. Nacjonalizacja zyskownych przedsiębiorstw, aby ich dochody zasilały państwo, a nie prywatnych udziałowców;
6. Nacjonalizacja upadających firm, aby uchronić je przed skutkami niegospodarności dzięki czemu za błędy managerów płacą wszyscy obywatele, a nie tylko przedsiębiorstwo.



Byliśmy świadkami krachu takiego rozwiązania. Trwa to do dziś. I co dalej? Podobne wątpliwości dotyczą innych rodzajów krajowej działalności przemysłowej i rolniczej. Jaki model pozyskiwania korzyści z dóbr naturalnych i ich przetwarzania byłby idealnie sprawiedliwy? Czy ktoś mógłby mi podać bodajże kierunek myślenia w tej materii? Czy na tym - ponoć - najlepszym świecie jest do pomyślenia idealna sprawiedliwość? Jeśli kogoś to zainteresowało, to proszę o udział w dyskusji.



Wszelkiej sprawiedliwości wszystkim życzący
J u r g i s

sobota, 6 listopada 2010

Szeleszcząca Polska Jesień

Szumi wiatr jesienną nutą,
Szumią uschłe liście drzew,
Szumi sad ofertą sutą,
Szumi wszelki polny krzew.

Szczerzy zęby kołek w płocie
Szczerbą tkwiący w sztachet rzędzie.
Wiszą na nim grochu krocie
Nim spiżarnia pełna będzie.

Zaś u Dziadka we wsi strojnej
Pełen sąsiek plonów szczodrych,
Które dzięki pracy znojnej
Chlebków nam przysporzą dobrych.

Mości sobie myszka mała
Ciepły domek z kłosków zboża,
Też wiewiórka ruda cała
Myka po gałęziach hoża.

Chwalmy polską jesień naszą
Co barwniejsza jest od tęczy,
Niech nam zimą nie pogaszą
Barwy flory -dyskurs wdzięczny.

Szczęście człowiek szczerze mieści,
W tym co czci od zamierzchłych lat.
Słuchać chatko gdy nas pieści
Dobrym słowem przyjazny świat.

niedziela, 24 października 2010

Odezwa (pół)prywatna

Zwracam się do rodowitych córek i synów Ziemi Śląskiej i do wszystkich szczerych serc nieśląskich, którzy Ziemię Śląską wybrali za swą małą ojczyznę, ale z nami wspólnie kochają tę Ziemię, z propozycją zainicjowania intelektualnego ruchu myśli śląskiej. Zamysł mój, choć jeszcze nieopierzony i w konkretach jeszcze niewyartykułowany, postaram się w zarysie prostym przedstawić. Wpierw jednak powiedzieć chcę i muszę, parę słów o przyczynach takiego zamysłu.

Otóż boli mnie od dawien dawna obiegowo krążąca opinia o nas Ślązakach, zarzucająca nam, jakobyśmy byli narodem prostackim, tylko ciężkiej pracy fizycznej godni i sposobni. Jest to kłamliwe, niesprawiedliwe i obłudne mniemanie, rozpowszechniane przez dawnej i obecnej proweniencji nieżyczliwe nam „polskie” środowiska. Piszę „polskie” w cudzysłowie z wielką przykrością i bólem. Nie powinienem tak mówić, boć i my Ślązacy Polakami jesteśmy. W samej rzeczy tak jest. Posądzenia o brak własnej rodowitej inteligencji słyszało się już w latach przedwojennych, w których na świecie mnie nie było, ale znam je z opowiadań mych rodziców. Są dla tych opinii pewne przesłanki w charakterze naszych współplemieńców. Skromność jest pierwszą... (nie wiem co powiedzieć) wadą. Nazwał to trybun Ślązaków Kazimierz Kutz zbyt ostrym słowem: dupowatość. A może jest to zaletą charakterologiczną? Dalszą przesłanką jest pracowitość wpajana dzieciom od zarania. Znów mam dylemat, bo przez to uważają nas za naród roboli. Uczciwość, po polsku - frajerstwo, co ja zwię umiłowaniem prostych szczerych relacji międzyludzkich. Silne więzi rodzinne widoczne przez kilka pokoleń. Też rubaszność w mowie śląskiej i umiejętność żartowania z siebie samych.

Mamy wielu koryfeuszy różnych dziedzin nauki, sztuki i techniki o śląskim rodowodzie, ale na tle wyżej wymienionych cech z małą siłą przebicia. Zamysłem moim - może zbyt naiwnym - jest zainicjowanie potrzeby zbierania się ludzi inteligentnych i stworzenie kuźnicy myśli swobodnej osadzonej w naszej tożsamości i historii śląskiej. Nie mogą to być żadne gremia o zabarwieniu politycznym, lecz ludzie czystych serc i intencji. Wiążę z tą inicjatywą przyszłe fakty wykluwania się form działalności na rzecz wzmocnienia śląskości w wielkiej rodzinie narodów polskich i europejskich. Może ktoś w mej intencji dopatrzy się zabarwienia nacjonalistycznego, nie wypieram się tego. Jest to próba buntu przeciw ogarniającej dzisiejsze czasy unifikacji ludzkiej działalności i przerażającej w skutkach globalizacji. Chcę przerwać dyskryminację Ślązaków we własnym kraju. Wszak dyrektywy unijne - mające moc prawa - nakazują otaczać wszelką opieką mniejszości i odmiany etniczne. Pielęgnować ich działania, bo to są wyznaczniki bogactwa kulturowego wielonarodowej Europy. Nie jest to żadna myśl o secesji, którą w świadomej niewiedzy zarzucają nam, Ślązakom, przeciwnicy dobrej ustawy o mniejszości narodowej, etnicznej i języku regionalnym. Może w tej inicjatywie da się wygenerować dobrą wolę polityków ze Śląska w którymś kolejnym rozdaniu wyborczym.

Takie nieformalne spotkania (nocne Ślązaków rozmowy) mogłyby się odbywać w jakiejś miłej zacisznej kawiarence przy kufelku złotej zupy chmielowej i kromce chleba z tustym. Wielkiego wsparcia mógłby tu udzielić Związek Górnośląski i na wskroś śląskie Rado Piekary. Sam tej mej inicjatywy nie zrealizuję, przeto liczę na wsparcie ludzi podobnie myślących, i w tej nadziei przedstawiam Szanownym Czytelnikom mego bloga, moje myśli nieuczesane, ale z pewnością naznaczone internacjonalizmem.

czwartek, 14 października 2010

Beznadzieja polityczna

Przed nami kolejne odsłony teatru narodowego jakim wydają mi się wybory.
Jest to swoisty reality show z elementami wielkiego kłamstwa i obłudy.
Jest to też kłamliwym festiwalem obietnic składanych przez kandydatów
do dwojga stopni władz krajowych. Startujący kandydaci są w stanie obiecać wszystko co jest chwytne w kampanii wyborczej. Sądzę, iż byliby w stanie obiecać nam wyborcom (mięsu wyborczemu) wszystko wraz z biletem wolnego wstępu do nieba. Wszystko to za cenę zdobycia władzy.
Pamiętam wielokrotnie powtarzane słowa jednego z większych prominentnych polityków, iż jego celem jest ZDOBYCIE WŁADZY.
Władzy nad nami, nad naszym życiem doczesnym. Nic nie mówi o tym co chciałby dla nas wyborców zrobić dobrego, choć to dobro jest naszą największą złudną nadzieją. Nazwiska tego polityka nie wymieniam z obawy by mnie po
sądach nie zamyślił włóczyć jak to ma wpojone w swej chorej jaźni.
Wasza bystrość zidentyfikuje tego polityka.
Politycy lokalni i krajowi mają wielką energię, którą pcha ich do władzy.
Prawie całość tej energii po wyborze jest zużytkowana na wzajemne dołowanie się w koteriach partyjno-politycznych. Za nic mają potrzeby życia codziennego
narodu, interesuje ich tylko walka ideolo-partyjno-genetyczna.
Satysfakcji i zadośćuczynienia nieskrywanym uczuciom nienawiści poświęcają
całą swa energię, czas i działania. Wyznają mitologiczną zasadę bogów z Olimpu, mówiącą o tym, że zemsta (tu polityczna) jest ich największą rozkoszą. Mała literę w słowie-bogów używam celowo, bo takich bogów nie szanuję.
Odrazą napawa mnie (może i Was?) głosowanie na takich „wybrańców narodu”. Na razie nie widzę jutrzenki zmian tego stanu rzeczy, bo na zmianę systemu ordynacji wyborczych żadna z istniejących dziś partii nie wyrazi zgody. Tyle smutnych konstatacji na dzień dzisiejszy.

niedziela, 19 września 2010

Taki sobie zakład z sobą samym

Bardzo często oglądam i słucham dyskusji wszelkiej maści polityków na różne tematy. Oprócz ich treści - najważniejszej - interesuje mnie sposób jej prowadzenia. Zarówno ze strony prowadzącego, ale też od strony gości. Znam (ze słuchania w mediach i publikacji) większość osób publicznych, polityków, artystów, działaczy wszelkich szczebli. Takie mam dziwne i chyba szkodliwe hobby. Siadając do ich posłuchania zakładam się sam ze sobą o to w jaki sposób będą prezentowali swe racje. I wygrywam zakład, bowiem ton ich wypowiedzi jest dla mnie przejrzysty jeśli rzucę ich wypowiedź na tło przynależności partyjnej, koteryjnej, towarzyskiej. Zawsze każdy uczestnik wyraża zdanie całkowicie przeciwne do swego konkurenta z przeciwnej formacji.

Jestem pewien tego, że gdyby dyskutowano kierunek obrotu ziemi, wschodu i zachodu słońca, to w stosunku do racji absolutnych ich zdania będą przeciwne. Każdy z uczestników rozmowy, wywiadu, panelu, prezentowałby z oczywistą oczywistością zdanie zdecydowanie przeciwne do swego interlokutora. Inaczej przecież nie wypada. Prowadzący dyskusję dziennikarz nie zawsze panuje nad tokiem rozmowy, bo jest stawiany przez uczestników jako trzecia strona i to przeznaczona do dezawuowania każdego zdania. Pod znakiem zapytania stawiam powagę i rzetelność wypowiedzi wszystkich stron. Pełna zabawa! Otóż, jaki byłby los w życiu politycznym uczestnika spotkania medialnego, gdyby poparł publicznie zdanie wyznawcy innej ideologii partyjnej? Łatwo to przewidzieć: rozmowa dyscyplinująca z szefem partii, zawieszenie w prawach członka i odsunięcie od wszelkich możliwości reprezentowania zdradzonej opcji partyjnej.

Jak pamiętam z ostatnich lat zakończenia coraz ochoczo kreowanych Komisji Sejmowych, to żadna konkluzja – wynik prac tych komisji nie był przyjmowany demokratycznie przez wszystkie partie polityczne. Głośne ostatnie bolesne dla całego narodu śledztwo nie będzie zakończone żadną konkluzją znajdującą aprobatę lub tylko zrozumienie u wszystkich opcji. Odnosząc taki styl, sposób postępowania na mój prywatny grunt życia rodzinnego, to powiem, że moja rodzina, gdyby w niej nie można przyjąć wspólnego zdania w kwestiach zasadniczych, już by dziś nie istniała i miliony jej podobnych. A teraz moje marzenie. Marzy mi się aby wybrani w wyborach pomazańcy narodu swe wysiłki kierowali na załatwienie ważnych spraw życiowych nas wyborców, a nie na niszczące walki polityczne o swe partykularne racje. Marzenie ściętej głowy!

Dziękuję za cierpliwe wyczytanie mych myśli kosmatych.

wtorek, 14 września 2010

Rachunek porównawczy

Drodzy Goście na mej stronie!

Z racji mego wieku - w ilości 3/4 lat, które prawdopodobnie będą mym czasem osobistym - ochłonąłem już z emocji właściwych młodemu i średniemu wiekowi ludzi, pozwalam sobie na kontemplacyjne podejście do zjawisk życia codziennego. Dokonuję sobie swoistego rachunku porównawczego tych zjawisk, choć nie wiem czy istnieje taka dziedzina mej ulubionej nauki - matematyki. Wiem, że jest rachunek prawdopodobieństwa, rachunek różniczkowy, rachunek ekonomiczny, rachunek statystyczny i jeszcze wiele innych rachub. Wiele dziedzin nauki i techniki obrazuje swoje dokonania metodami właściwymi matematyce. Są przez to bardziej przystępne do zrozumienia. Sądzę, że wszystkie dokonania ludzkie mogą znaleźć swój obraz matematyczny. Ba, nawet – tak z pozoru niematematyczna – muzyka daje się wyrazić zapisem matematycznym w powtarzających się w melodiach funkcjach i akordach. Wielki prekursor nauki i sztuki Leonardo da Vinci zapisał w swym "Traktacie o malarstwie" słowa takie, iż żadne ludzkie dokonania - jeśli chcą być uznane za naukowe - nie mogą być prawdziwą nauką, jeśli nie dadzą się zademonstrować matematycznie. Mamy przeto takie dziwy naukowe jak: lingwistyka matematyczna, matematyczna teoria gier liczbowych, matematyka politologiczna i bardzo na dziś przydatna - w dobie demokratycznych przesileń - matematyczna teoria głosowań wyborczych. Ciekawe, co? Politycy do tablicy! Wracając do moich przysłowiowych baranów, wymyśliłem sobie mój – całkiem prywatny - rachunek porównawczy zjawisk społeczno-politycznych w szerokiej palecie ich odmian i czasu historycznego. Tak na początek porównuję sobie uzysk jaki jest wynikiem wielkich i małych ruchów społecznych, zwanych fachowo przez politologów i historyków rewolucjami, powstaniami lub innymi formami buntu przeciw doznawanej krzywdzie. Pierwszym powodem inspirującym inicjatorów buntów społecznych jest zawsze rachuba na poprawę ich sytuacji społecznej, materialnej, narodowościowe. Najdawniejszym historycznie udokumentowanym społecznym buntem w randze powstania było powstanie niewolników znane pod nazwą Powstania Spartakusa. Pierwszym powodem jego zawiązania było dążenia do wyzwolenia z niewolnictwa, inaczej jego zniesienia. Znamy cenę tego powstania, jego historię, ofiary tysięcy ludzkich istnień po obu stronach. Czy niewolnictwo zostało zniesione za sprawą tego powstania? Otóż nie. Miało ono swój czas w roku 72 p.n.e., a niewolnictwo prawnie zostało dopiero zniesione w wiekach średnich w epoce Oświecenia. Narody i społeczności musiały dojrzeć do takiej wielkiej zmiany społecznej. Całkowitego i zupełnego stosunku podległości jednych grup społecznych innym nie dokonano. Przybrało ono tylko przez pańszczyznę i kolonizatorstwo inne formy. Trochę łagodniejsze. Więc stosując moją metodę rachunku porównawczego - porównując ofiary śmierci i męczeństwa uczestników powstań - wychodzi nam brak uzysku w postaci całkowitej wolności i równości. Nie mam żadnych kompetencji do oceny zasadności zamysłu i sposobów walk powstańczych, ale całkowitego efektu brak. Nie ośmielę się też wysunąć myśli iż powstania były niesłuszne i niepotrzebne. Były konieczne jako elementy ewolucji społeczno-politycznej. Przypomnijmy sobie, że uwłaszczenie w Królestwie Polskim, na ziemiach z zaboru pruskiego, w Galicji (a od 1861 roku w Rosji) następowało nie przez dziedziców, ale przez (zaborczą) władzę państwową. Tu zaś nowy ambaras, bo duże części naszych ziem wpadły pod obce panowanie. Zaś zasadne i konieczne stały sie powstania norodowo-wyzwoleńcze. Znamy ich historie nader dobrze. Czy wszystkie doprowadziły do całkowitego zrzucenia obcych jarzm?

Wielkie ofiary naszych praojców powstańców a wolność nie była całkowita. Znów z mego rachunku wychodzi brak uzysku. Smutno mi. Spójrzmy na wschód; nasi bracie słowianie ruscy, gdy dojrzeli narządzili WRP. W euforii z wielkimi ofiarami zrzucili okowy caratu i... i wpadli z deszczu carskich ukazów i zsyłek pod bolszewicko-komunistyczne rynny krwawego deszczu. Znów nie ma oczekiwanego całkowitego wyzwolenia. Moje porównanie wypada na minus. Zróbmy jeszcze jeden krok w lata nam przytomne. Rewolucja styropianowa zapoczątkowana skokiem przez mur stoczni tego tam, no wiecie. Pozostaję z wielkim uszanowaniem dla Jego dokonań. Potem walka w obronie Związków Zawodowych, wygrana w pełni i wielce dziś sławiona. Mamy Wolne i Niezależne! Kiedyś 10-milionowe, dziś stopniałe do 1/5. Mamy obecny już kiedyś na naszej ziemi kapitalizm i wolność związkową objawiającą się tym, że wolno je zakładać tam gdzie właściciel wyrazi na nie zgodę. Jaki bilans?
Dopiszcie sami: ......................................................................................................
A dobry Panbóg się z za chmurki śmieje z naiwności narodu wybranego. Nic z tego nie rozumiem. A Wy?
Proszę miłych gości o wyprowadzenie mnie z tej rozterki duchowej.

czwartek, 9 września 2010

Dlaczego założyłem sobie „BLOGA"?

Otóż mam taką niezdrową potrzebę interesowania się życiem polityczno-społecznym kraju, co w moim (czasem pokrętnym) widzeniu świata sparafrazowałem sobie na życie polityczno- komiczne. Z natury swego charakteru podchodzę do wszystkich spraw naszego życia z dozą komizmu. Dokładniej, szukam w każdej sprawie niezamierzonego przez inicjatorów sprawy -komicznego pierwiastka. Z pełnym jednak uszanowaniem dla poważnych wydarzeń dziejących się w życiu, a szczególnie spraw łączących się z bólem i krzywdą ludzką. Poza nimi pozostaje mi bardzo szeroki skrawek naszego życia, w którym sobie buszuję jak ten w zbożu. Moje codzienne wizyty w cudownym ogrodzie życia rozpoczynam od czytania newsów w prasie, oglądania info w tv i internecie oraz słuchania radia.

Pierwszy temat, na który nieuchronnie się natykam, to polityka. W moim mniemaniu to jest (powinno być) uczciwym działaniem na rzecz rozwiązywania problemów szerokich rzesz społeczeństwa. Do tego w naszej rzeczywistości politycznej i ustrojowej przeznaczeni są politycy, jako Ci wybrańcy narodu. My, naród, ich wybieramy. Dobrze by było, byśmy wybrali najlepszych. Ba! Jak się o tym przekonać? Owszem prezentują nam się w tzw. kampaniach wyborczych, jak kandydatki na misski na wybiegu scenicznym. Z doświadczenia wiemy jednak jaka ta prezentacja jest nieszczera, kłamliwa. Pełna swoistej mimikry i ukrywania swoich rzeczywistych intencji zajmowania się polityką. Obserwuję sobie potem tych „wybrańców narodu" i zaczyna mi się dobra zabawa. Nie będę tu podawał żadnych konkretnych obserwacji z nazwiskiem rzeczonego „wybrańca", bo mam w sobie instynkt zachowawczy i samoobronny, by nie znaleźć się na smutnej ławce „obskarżonych" (błąd zamierzony).

W dalszym uzasadnieniu założenia bloga chcę w nim zestawiać różne fakty i wydarzenia z ich pierwotnymi oczekiwaniami. Dla wyjaśnienia tej mej konstrukcji myślowej podam taki przykład. Ta rewolucja „styropianowa" zapoczątkowana na północy Polski, jako główny powód głosiła obronę Związków Zawodowych i Robotników. Szczytny cel. A jaka jest dziś kondycja tych dwu podmiotów? Otóż - moim zdaniem - ZZ odgrywają coraz mniejszą rolę w życiu i robią dobrze tylko samemu aparatowi związkowemu. W wielu przedsiębiorstwach za samą myśl założenia ZZ traci się pracę. Robotnicy stracili status podmiotu a stali się przedmiotem do wyzysku.

Może nie mam racji i moje widzenie świata naszych dni jest prymitywne lub jakoś tendencyjne do upatrywania złych cech? Może tak być. Myślę, iż czytelnicy mego bloga odezwą się i skorygują mój światoogląd. Nie uzurpuję sobie prawa i umiejętności prawidłowego odczytywania sensu obserwowanych zjawisk życia naszego powszedniego. Odżegnuję się już na początku, i to solennie od zabarwienia mych myśli jakąś nienawiścią do osób i grup, których działania będę sobie analizował.

Jestem chrześcijaninem, katolikiem i staram się postępować zgodnie z dekalogiem, jednak bez przechyłu w stronę dewocji, bez oszołomstwa i zawsze – w miarę swych zdolności umysłowych - zważając na właściwe rzeczy miejsce. Mam nadzieję na wielkie korzyści, jakie będą mym udziałem w kontakcie z mądrością P.T. wielkiej zbiorowości internetowej. Do wszystkich spraw tego i tamtego życia (po śmierci) podchodzę z dystansem oraz z lekkim zabarwieniem satyrycznym, ale bez urażenia czci rzeczy jej godnych. Tyle tytułem mego ekspoze na początku blogowania.

P.S. Cieszę się, że został wymyślony BLOG jako swoisty światowy Hyde Park, tylko żal mi, iż jestem zbyt wcześnie urodzony.

Do miłych spotkań!