Bardzo często oglądam i słucham dyskusji wszelkiej maści polityków na różne tematy. Oprócz ich treści - najważniejszej - interesuje mnie sposób jej prowadzenia. Zarówno ze strony prowadzącego, ale też od strony gości. Znam (ze słuchania w mediach i publikacji) większość osób publicznych, polityków, artystów, działaczy wszelkich szczebli. Takie mam dziwne i chyba szkodliwe hobby. Siadając do ich posłuchania zakładam się sam ze sobą o to w jaki sposób będą prezentowali swe racje. I wygrywam zakład, bowiem ton ich wypowiedzi jest dla mnie przejrzysty jeśli rzucę ich wypowiedź na tło przynależności partyjnej, koteryjnej, towarzyskiej. Zawsze każdy uczestnik wyraża zdanie całkowicie przeciwne do swego konkurenta z przeciwnej formacji.
Jestem pewien tego, że gdyby dyskutowano kierunek obrotu ziemi, wschodu i zachodu słońca, to w stosunku do racji absolutnych ich zdania będą przeciwne. Każdy z uczestników rozmowy, wywiadu, panelu, prezentowałby z oczywistą oczywistością zdanie zdecydowanie przeciwne do swego interlokutora. Inaczej przecież nie wypada. Prowadzący dyskusję dziennikarz nie zawsze panuje nad tokiem rozmowy, bo jest stawiany przez uczestników jako trzecia strona i to przeznaczona do dezawuowania każdego zdania. Pod znakiem zapytania stawiam powagę i rzetelność wypowiedzi wszystkich stron. Pełna zabawa! Otóż, jaki byłby los w życiu politycznym uczestnika spotkania medialnego, gdyby poparł publicznie zdanie wyznawcy innej ideologii partyjnej? Łatwo to przewidzieć: rozmowa dyscyplinująca z szefem partii, zawieszenie w prawach członka i odsunięcie od wszelkich możliwości reprezentowania zdradzonej opcji partyjnej.
Jak pamiętam z ostatnich lat zakończenia coraz ochoczo kreowanych Komisji Sejmowych, to żadna konkluzja – wynik prac tych komisji nie był przyjmowany demokratycznie przez wszystkie partie polityczne. Głośne ostatnie bolesne dla całego narodu śledztwo nie będzie zakończone żadną konkluzją znajdującą aprobatę lub tylko zrozumienie u wszystkich opcji. Odnosząc taki styl, sposób postępowania na mój prywatny grunt życia rodzinnego, to powiem, że moja rodzina, gdyby w niej nie można przyjąć wspólnego zdania w kwestiach zasadniczych, już by dziś nie istniała i miliony jej podobnych. A teraz moje marzenie. Marzy mi się aby wybrani w wyborach pomazańcy narodu swe wysiłki kierowali na załatwienie ważnych spraw życiowych nas wyborców, a nie na niszczące walki polityczne o swe partykularne racje. Marzenie ściętej głowy!
Dziękuję za cierpliwe wyczytanie mych myśli kosmatych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz