czwartek, 10 lutego 2011

Dawniej i dziś.

Toczę częste rozmowy z przyjaciółmi i dobrymi znajomymi na temat poziomu życiaprostych ludzi ze średniej półki – dziś i dawniej.
Kilkoma wnioskami z tych rozmów chciałbym się podzielić z czytelnikami mego bloga. Otóż!
Zestawiamy różne elementy tego życia a dziś elementy materialne, które są dla wielu ludzi najważniejsze. Podam przykład mi najbliższy bo swój.
Pracowałem w górnictwie całe życie i materialnie nie czułem zawodu, choć nie należałem do grupy najlepiej zarabiającej. W piątym roku małżeństwa postanowiliśmy z żoną zbudować dom. Zakład pracy i ówczesny system bankowy udzielili nam pomocy. Resztę dopełniła nasza praca fizyczna i wydatna pomoc fizyczna członków naszych rodzin. Znanych wszystkim trudności materiałowych nie będę wspominał .Mieliśmy jedno dziecko i mimo budowy corocznie korzystaliśmy z wczasów zakładowych. Sądzę,że młodszym czytelnikom trzeba powiedzieć cóż to za kategoria świadczeń - wczasy zakładowe. Prawie każdy większy zakład pracy (dziś - pracodawca państwowy) z wypracowanych przez załogę środków budował obiekty wypoczynkowe (dziś te obiekty przy "wsparciu" systemu gospodarczego niszczeją).
Pobyt dwutygodniowy w takim ośrodku z rodziną nigdy nie stanowił problemu materialnego w sensie konieczności późniejszej spłaty. To były dziś wspominane i wyśmiewane - wczasy zakładowe. W okresie pozasezonowym z tych wczasów przy opłatach zniżkowych korzystali emerytowani pracownicy i było ich na nie stać.
Czy dzisiejszy emeryt może sobie na to pozwolić?
W osiedlu domków jednorodzinnych gdzie stawialiśmy nasz dom było wielu mniej odemnie zarabiających i też domki budowali.
Kto dziś buduje domki jednorodzinne i większe? Ja wiem, bo z racji mego zawodu geodety spotykam się z takimi ludźmi. Nazwisk tu nie podam, ale powiem iż są to ludzie o zarobkach ponadprzeciętnych na dzisiejszą miarę i chcą stezauryzować posiadane pieniądze w nieruchomości. Tych ludzi jest w naszej populacji nieznaczny procent. Nie wpływają zasadniczo na ocenę poziomu życia narodu.
Do takich wspólnych wniosków dochodzimy w naszych - nocnych polaków rozmowach. Czyż – wzorem poprawnych polityków prawicy mamy pluć na te czasy?
Można się pobawić i różnie je nazywać , jako: czerwone, socjalizmu realnego,
propagandy sukcesu, komunistycznego niewolenia i jeszcze parę śmiesznych epitetów
można sobie przypomnieć. Odrzucając cały sztafaż polityczno - bogoojczyźniany
myślmy tylko o samym materialnym poziomie życia w tych minionych latach.
Kończyłem wtedy studia i w mym pokoleniu nie było takich dylematów jakie mają dziś nasze dzieci i wnukowie; czy znajdę w kraju pracę? Czy praca będzie zgodna z mym zdobytym zawodem? Czy będzie mnie stać na mieszkanie? Czy - po latach – wypracowana emerytura gwarantuje mi minimum biologiczne... i wiele "budujących" podobnych obaw.
Proszę pomyśleć o możliwościach szybkiej utraty pracy (dziś) bez wyraźnego powodu i o solidarnej myśli przewodniej rewolucji styropianowej w celu obrony interesów pracujących (dawniej). Co z tego wyszło? Po czterdziestu latach mej pracy i mego pokolenia nasze nowoczesne państwo ofiaruje nam taki poziom życia jaki widzimy na co dzień. Fajne?Prawda? Zapewne wzbudzę gniew wielu apologetów dzisiejszych wartości politycznych.
Nie polityką człowiek się karmi, ale chlebem powszednim, który nam drożeje o VAT.
Co nam ze szczytnych frazesów w ustach wszystkich formacji politycznych dni
dzisiejszych? Nimi sie nie nakarmimy a życie mamy jedno i praktykować różnych
ideałów politycznych czasu nam nie starczy. A dobry Bozia zaglądając z za chmurki , śmieje się z naiwności polaczków. Innych nacji też.
Czekam na kontrargumenty porównania tamtych (złych) czerwonych czasów i tych dzisiejszych (dobrych) różowych.

wtorek, 1 lutego 2011

Zło dobrem zwyciężaj!

Ze smutkiem obserwuję w ostatnich latach narastające w naszym życiu publicznym postawy, jeśli jeszcze nie otwarcie wrogie, to konfrontacyjne. Najdotkliwsze dla zdrowej tkanki społecznej są swary polityków. Wybieramy ich po to by zajmowali się żywotnymi sprawami naszego życia, a ich działania i postawy stają się zaprzeczeniem tej nieświadomie altruistycznej nadziei wyborców. Jak to zmienić? Wymaga to wielkiej przebudowy mentalności ludzi. To poważna sprawa i nie czuję się na siłach sformułować jej zasady. Pozostawiam to mądrzejszym. Podzielę się jednak z miłymi czytelnikami mego bloga moim małym prywatnym sposobem na poprawę wrogich kontaktów z innymi ludźmi.

Otóż miałem dawno temu w życiu przykrą historię z jednym człowiekiem i jego rodziną. Nieistotne są w tym momencie powody, które nas poróżniły. Nie chcę być sędzią we własnej sprawie. Wrogie odnoszenie się tego człowieka i jego rodziny do mnie i mej rodziny bardzo mi ciążyło. Pewnego dnia owładnięty nie do końca sprecyzowaną myślą pojednania, zwróciłem się do niego (nadam mu tu imię Józef) takimi słowami: "Józefie, proszę Cię, wstąp do mnie jak akurat przechodzisz obok mego domu i porozmawiamy. Właśnie jestem sam i mam ochotę na kawę. Proszę Cię." Moje słowa w jakiś przedziwny sposób poraziły go tonem i treścią. Nie mógł z siebie wydobyć zwykle używanych do mnie słów na te zakazane litery. Przez chwilę jakby mu mowę odjęło. Spodziewał się zapewne z mej strony słów złych i wrogich, lub przynajmniej mego odwrócenia się do niego tyłem. Wydukał parę nieartykułowanych dźwięków, wykonał parę niekontrolowanych gestów, a ja nie czekając na jego reakcję otworzyłem furtkę mej posesji i gestem zaprosiłem go do środka dotykając jego ramienia. Był porażony, a ja również bardzo niepewny swego. Doszliśmy tak do miejsca ustronnego w mym ogrodzie, do stolika, gdzie miałem przygotowane utensylia do parzenia kawy. Rozpoczęliśmy rozmowę, której treści dziś już nie mogę sobie przypomnieć. Pamiętam tylko, iż dotyczyła spraw mało istotnych, obojętnych, a przede wszystkim bardzo odległych od przedmiotu naszych wieloletnich sporów. W jakich słowach przekazał relację z tego spotkania żonie i dzieciom nie wiem do dziś. Faktem najmilszym dla mnie i mej rodziny były uśmiechy towarzyszące naszym krótkim spotkaniom. Wieloletnia wrogość zatraciła się w cudowny sposób, dla mnie do dziś niezrozumiały. Dalsze kontakty do dziś nacechowane są wzajemną tolerancją i grzecznością, której życzę wszystkim czytelnikom. Zaiste wielka jest prawda podana nam przez Boga jako nakaz, iż na zło należy odpowiadać dobrem. Pamiętamy biblijny opis męki pańskiej mówiący o tym, że Jezus modlił się za swych oprawców. Trudno taką modlitwę w sobie wzbudzić, ale spróbujmy wrogów naszych dobrem porazić.

Jak zachęcić polityków do takiego złamania lodów? Ba, tego nie wiem. Jakimś rodzajem nakazu z pewnością nie.