Otóż miałem dawno temu w życiu przykrą historię z jednym człowiekiem i jego rodziną. Nieistotne są w tym momencie powody, które nas poróżniły. Nie chcę być sędzią we własnej sprawie. Wrogie odnoszenie się tego człowieka i jego rodziny do mnie i mej rodziny bardzo mi ciążyło. Pewnego dnia owładnięty nie do końca sprecyzowaną myślą pojednania, zwróciłem się do niego (nadam mu tu imię Józef) takimi słowami: "Józefie, proszę Cię, wstąp do mnie jak akurat przechodzisz obok mego domu i porozmawiamy. Właśnie jestem sam i mam ochotę na kawę. Proszę Cię." Moje słowa w jakiś przedziwny sposób poraziły go tonem i treścią. Nie mógł z siebie wydobyć zwykle używanych do mnie słów na te zakazane litery. Przez chwilę jakby mu mowę odjęło. Spodziewał się zapewne z mej strony słów złych i wrogich, lub przynajmniej mego odwrócenia się do niego tyłem. Wydukał parę nieartykułowanych dźwięków, wykonał parę niekontrolowanych gestów, a ja nie czekając na jego reakcję otworzyłem furtkę mej posesji i gestem zaprosiłem go do środka dotykając jego ramienia. Był porażony, a ja również bardzo niepewny swego. Doszliśmy tak do miejsca ustronnego w mym ogrodzie, do stolika, gdzie miałem przygotowane utensylia do parzenia kawy. Rozpoczęliśmy rozmowę, której treści dziś już nie mogę sobie przypomnieć. Pamiętam tylko, iż dotyczyła spraw mało istotnych, obojętnych, a przede wszystkim bardzo odległych od przedmiotu naszych wieloletnich sporów. W jakich słowach przekazał relację z tego spotkania żonie i dzieciom nie wiem do dziś. Faktem najmilszym dla mnie i mej rodziny były uśmiechy towarzyszące naszym krótkim spotkaniom. Wieloletnia wrogość zatraciła się w cudowny sposób, dla mnie do dziś niezrozumiały. Dalsze kontakty do dziś nacechowane są wzajemną tolerancją i grzecznością, której życzę wszystkim czytelnikom. Zaiste wielka jest prawda podana nam przez Boga jako nakaz, iż na zło należy odpowiadać dobrem. Pamiętamy biblijny opis męki pańskiej mówiący o tym, że Jezus modlił się za swych oprawców. Trudno taką modlitwę w sobie wzbudzić, ale spróbujmy wrogów naszych dobrem porazić.
Jak zachęcić polityków do takiego złamania lodów? Ba, tego nie wiem. Jakimś rodzajem nakazu z pewnością nie.wtorek, 1 lutego 2011
Zło dobrem zwyciężaj!
Ze smutkiem obserwuję w ostatnich latach narastające w naszym życiu publicznym postawy, jeśli jeszcze nie otwarcie wrogie, to konfrontacyjne. Najdotkliwsze dla zdrowej tkanki społecznej są swary polityków. Wybieramy ich po to by zajmowali się żywotnymi sprawami naszego życia, a ich działania i postawy stają się zaprzeczeniem tej nieświadomie altruistycznej nadziei wyborców. Jak to zmienić? Wymaga to wielkiej przebudowy mentalności ludzi. To poważna sprawa i nie czuję się na siłach sformułować jej zasady. Pozostawiam to mądrzejszym. Podzielę się jednak z miłymi czytelnikami mego bloga moim małym prywatnym sposobem na poprawę wrogich kontaktów z innymi ludźmi.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz