czwartek, 10 lutego 2011

Dawniej i dziś.

Toczę częste rozmowy z przyjaciółmi i dobrymi znajomymi na temat poziomu życiaprostych ludzi ze średniej półki – dziś i dawniej.
Kilkoma wnioskami z tych rozmów chciałbym się podzielić z czytelnikami mego bloga. Otóż!
Zestawiamy różne elementy tego życia a dziś elementy materialne, które są dla wielu ludzi najważniejsze. Podam przykład mi najbliższy bo swój.
Pracowałem w górnictwie całe życie i materialnie nie czułem zawodu, choć nie należałem do grupy najlepiej zarabiającej. W piątym roku małżeństwa postanowiliśmy z żoną zbudować dom. Zakład pracy i ówczesny system bankowy udzielili nam pomocy. Resztę dopełniła nasza praca fizyczna i wydatna pomoc fizyczna członków naszych rodzin. Znanych wszystkim trudności materiałowych nie będę wspominał .Mieliśmy jedno dziecko i mimo budowy corocznie korzystaliśmy z wczasów zakładowych. Sądzę,że młodszym czytelnikom trzeba powiedzieć cóż to za kategoria świadczeń - wczasy zakładowe. Prawie każdy większy zakład pracy (dziś - pracodawca państwowy) z wypracowanych przez załogę środków budował obiekty wypoczynkowe (dziś te obiekty przy "wsparciu" systemu gospodarczego niszczeją).
Pobyt dwutygodniowy w takim ośrodku z rodziną nigdy nie stanowił problemu materialnego w sensie konieczności późniejszej spłaty. To były dziś wspominane i wyśmiewane - wczasy zakładowe. W okresie pozasezonowym z tych wczasów przy opłatach zniżkowych korzystali emerytowani pracownicy i było ich na nie stać.
Czy dzisiejszy emeryt może sobie na to pozwolić?
W osiedlu domków jednorodzinnych gdzie stawialiśmy nasz dom było wielu mniej odemnie zarabiających i też domki budowali.
Kto dziś buduje domki jednorodzinne i większe? Ja wiem, bo z racji mego zawodu geodety spotykam się z takimi ludźmi. Nazwisk tu nie podam, ale powiem iż są to ludzie o zarobkach ponadprzeciętnych na dzisiejszą miarę i chcą stezauryzować posiadane pieniądze w nieruchomości. Tych ludzi jest w naszej populacji nieznaczny procent. Nie wpływają zasadniczo na ocenę poziomu życia narodu.
Do takich wspólnych wniosków dochodzimy w naszych - nocnych polaków rozmowach. Czyż – wzorem poprawnych polityków prawicy mamy pluć na te czasy?
Można się pobawić i różnie je nazywać , jako: czerwone, socjalizmu realnego,
propagandy sukcesu, komunistycznego niewolenia i jeszcze parę śmiesznych epitetów
można sobie przypomnieć. Odrzucając cały sztafaż polityczno - bogoojczyźniany
myślmy tylko o samym materialnym poziomie życia w tych minionych latach.
Kończyłem wtedy studia i w mym pokoleniu nie było takich dylematów jakie mają dziś nasze dzieci i wnukowie; czy znajdę w kraju pracę? Czy praca będzie zgodna z mym zdobytym zawodem? Czy będzie mnie stać na mieszkanie? Czy - po latach – wypracowana emerytura gwarantuje mi minimum biologiczne... i wiele "budujących" podobnych obaw.
Proszę pomyśleć o możliwościach szybkiej utraty pracy (dziś) bez wyraźnego powodu i o solidarnej myśli przewodniej rewolucji styropianowej w celu obrony interesów pracujących (dawniej). Co z tego wyszło? Po czterdziestu latach mej pracy i mego pokolenia nasze nowoczesne państwo ofiaruje nam taki poziom życia jaki widzimy na co dzień. Fajne?Prawda? Zapewne wzbudzę gniew wielu apologetów dzisiejszych wartości politycznych.
Nie polityką człowiek się karmi, ale chlebem powszednim, który nam drożeje o VAT.
Co nam ze szczytnych frazesów w ustach wszystkich formacji politycznych dni
dzisiejszych? Nimi sie nie nakarmimy a życie mamy jedno i praktykować różnych
ideałów politycznych czasu nam nie starczy. A dobry Bozia zaglądając z za chmurki , śmieje się z naiwności polaczków. Innych nacji też.
Czekam na kontrargumenty porównania tamtych (złych) czerwonych czasów i tych dzisiejszych (dobrych) różowych.

wtorek, 1 lutego 2011

Zło dobrem zwyciężaj!

Ze smutkiem obserwuję w ostatnich latach narastające w naszym życiu publicznym postawy, jeśli jeszcze nie otwarcie wrogie, to konfrontacyjne. Najdotkliwsze dla zdrowej tkanki społecznej są swary polityków. Wybieramy ich po to by zajmowali się żywotnymi sprawami naszego życia, a ich działania i postawy stają się zaprzeczeniem tej nieświadomie altruistycznej nadziei wyborców. Jak to zmienić? Wymaga to wielkiej przebudowy mentalności ludzi. To poważna sprawa i nie czuję się na siłach sformułować jej zasady. Pozostawiam to mądrzejszym. Podzielę się jednak z miłymi czytelnikami mego bloga moim małym prywatnym sposobem na poprawę wrogich kontaktów z innymi ludźmi.

Otóż miałem dawno temu w życiu przykrą historię z jednym człowiekiem i jego rodziną. Nieistotne są w tym momencie powody, które nas poróżniły. Nie chcę być sędzią we własnej sprawie. Wrogie odnoszenie się tego człowieka i jego rodziny do mnie i mej rodziny bardzo mi ciążyło. Pewnego dnia owładnięty nie do końca sprecyzowaną myślą pojednania, zwróciłem się do niego (nadam mu tu imię Józef) takimi słowami: "Józefie, proszę Cię, wstąp do mnie jak akurat przechodzisz obok mego domu i porozmawiamy. Właśnie jestem sam i mam ochotę na kawę. Proszę Cię." Moje słowa w jakiś przedziwny sposób poraziły go tonem i treścią. Nie mógł z siebie wydobyć zwykle używanych do mnie słów na te zakazane litery. Przez chwilę jakby mu mowę odjęło. Spodziewał się zapewne z mej strony słów złych i wrogich, lub przynajmniej mego odwrócenia się do niego tyłem. Wydukał parę nieartykułowanych dźwięków, wykonał parę niekontrolowanych gestów, a ja nie czekając na jego reakcję otworzyłem furtkę mej posesji i gestem zaprosiłem go do środka dotykając jego ramienia. Był porażony, a ja również bardzo niepewny swego. Doszliśmy tak do miejsca ustronnego w mym ogrodzie, do stolika, gdzie miałem przygotowane utensylia do parzenia kawy. Rozpoczęliśmy rozmowę, której treści dziś już nie mogę sobie przypomnieć. Pamiętam tylko, iż dotyczyła spraw mało istotnych, obojętnych, a przede wszystkim bardzo odległych od przedmiotu naszych wieloletnich sporów. W jakich słowach przekazał relację z tego spotkania żonie i dzieciom nie wiem do dziś. Faktem najmilszym dla mnie i mej rodziny były uśmiechy towarzyszące naszym krótkim spotkaniom. Wieloletnia wrogość zatraciła się w cudowny sposób, dla mnie do dziś niezrozumiały. Dalsze kontakty do dziś nacechowane są wzajemną tolerancją i grzecznością, której życzę wszystkim czytelnikom. Zaiste wielka jest prawda podana nam przez Boga jako nakaz, iż na zło należy odpowiadać dobrem. Pamiętamy biblijny opis męki pańskiej mówiący o tym, że Jezus modlił się za swych oprawców. Trudno taką modlitwę w sobie wzbudzić, ale spróbujmy wrogów naszych dobrem porazić.

Jak zachęcić polityków do takiego złamania lodów? Ba, tego nie wiem. Jakimś rodzajem nakazu z pewnością nie.

sobota, 8 stycznia 2011

Rozmyślania nad biedą

Bieda jest chorobą trapiącą ludzkość od zarania. Zawsze była obecna wszystkim czasom historycznym i systemom sprawowania władzy. W jej obecności jest jakieś przeklęte fatum, którego na stałe pozbyć się ludzkość nie potrafi. Myślę tu o takiej skrajnej biedzie zagrażającej biologicznemu życiu człowieka. Żaden z przepraktykowanych systemów ekonomiczno-politycznych nie zakładał planowo jej istnienia a zawsze się pojawiała i pojawia do dziś. Jest jakąś niezamierzoną skazą na wszystkich systemach regulacji porządku prawno-ekonomicznego społeczeństw. Nie wypada dać posłuchu i legitymizacji przekonaniu, iż musi być zawsze obecna w życiu ludzi a jest. Co z nią począć?

Chyba żaden z systemów filozoficznych, politycznych, społecznych, religijnych, nie zakłada deklaratywnie nierówności ludzi przy korzystaniu z dóbr naszej ziemi. Nie ma chyba jednej ogólnie stosowanej definicji biedy na świecie i w Polsce. Ja widzę takie jej odmiany:
- gdy pewne grupy ludzi nie mogą osiągnąć minimalnego poziomu biologicznej egzystencji,
- gdy pewne grupy społeczeństwa żyją na marginesie dostępu do pewnych dóbr,
- gdy pewne grupy społeczne nie mają zdolności do większego udziału w dobrach,
- gdy pewne grupy żyją na marginesie ludzkich osiągnięć organizacji życia codziennego.
Najgorsza jest ta pierwsza.

Dalej nie będę filozofował, by się nie pogubić w ważnej dla ludzkości dziedzinie życia. Zejdę niżej do biedy, którą widzę na co dzień wokół siebie, którą widziałem przed pół wiekiem.

Pamiętam z mego miasta, z mej dzielnicy obrazy biedy w okresie powojennym. Miasteczko górniczo-hutniczo-rolnicze ze wszystkimi jego cechami dobrymi i złymi. Wojna pozbawiła ludzi ich dobytku, domów, opiekunów i znaleźli się w biedzie. Niezasłużonej.

Pamiętam zbieraczy węgla z hałd kopalnianych. Mieszkałem przy trasie ich przejazdu z wózkami węgla. Ten węgiel był im potrzebny do ogrzania mieszkań, ale i był sprzedawany dla uzyskania pieniędzy na życie. Umęczeni i umorusani często pukali do drzwi naszego mieszkania z prośbą o kawałek chleba. W pamięci pozostały mi twarze często nas odwiedzających żebraków. W tym czasie powojennym było to uzasadnione, ale i wstydliwe dla tych biednych. Potem zjawisko żebractwa dostrzegalnie się traciło. Pozostało tylko szczątkowo jako żebranie w pewnych okresach i miejscach.

Teraz obserwuję nawrót tego żebractwa jako widocznego liszaju na światłym organizmie społeczeństwa XXI wieku. Czemu tak się dzieje? Czy jest to zamierzonym efektem sprawowania władzy przez coraz świetlejsze grupy polityczne? Chyba nie! Jak by nie było, jest to najbardziej wstydliwym objawem dzisiejszego życia. Świat uczynił w niebywale krótkim czasie wielki postęp naukowy, technologiczny, organizacyjny, a zapomniał o życiowych potrzebach ludzi biednych.

Nie mogę ukryć w sobie uczucia wielkiego zażenowania i wstydu gdy:
- do mnie wychodzącego z samochodu podchodzi dziecko proszące o chleb lub parę groszy na jego kupno,
- do mego mieszkania dzwoni mężczyzna z reklamówką prosząc o to co wyżej,
- gdy widzę w telewizji obrazy bezdomnych koczujących w piwnicach i kanałach.

Dziś takie sceny, gdy człowiek szykuje się do podróży w kosmos? Dziś, gdy buduje się instytucje mające ze swego nadania świadczyć pomoc ludziom, a wyglądają jak pałace lśniące przepysznym wystrojem? Dziś, gdy usta polityków są pełne frazesów o ich służebności względem ludzi? Wydaje mi się, że pomylono kierunki rozwoju ludzkości.

Co Wy, Szanowni Czytelnicy mych smutnych myśli, sądzicie w tej sprawie?

niedziela, 21 listopada 2010

Myśli smutne w poranek wyborczy

Siedzę sobie sam w towarzystwie moich myśli i filiżanki kawy we wczesny poranek dnia wyborczego. Cóż to się dzisiaj stanie? Ano wybierzemy nowy komplet zarządców naszego życia powszedniego. Takie będzie to życie jaki będzie ten komplet.

Byłem swego czasu radnym w mej miejscowości, a wcześniej przez wiele lat interesowałem się pracami każdego kompletu radnych i władz miasta, i robię to do dziś. Nasuwają mi się pewne wnioski i są smutne. Otóż w miarę upływu czasu działania tych kompletów są w coraz rosnącym stopniu naznaczane walką naszych "wybrańców" między sobą. Cała ich energia idzie w organizowanie tej walki zaczynającej się już wcześniej w okresie tzw. kampanii wyborczej, którą nazwałbym raczej "okresem tworzenia się hord zespolonych głównie nienawiścią do inaczej myślących i wspólnotą celu jakim jest zdobycie władzy". To zdobycie władzy staje się celem samym w sobie. Przypominają mi się słowa prominentnego polityka czerwonych lat: "Raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy!". Zapominają, iż są powoływani - przez nas wyborców - do działań na rzecz rozwiązywania problemów społecznych. Ich satysfakcja z posiadania władzy jest dla nas wyborców rzeczą mało ważną, bo nie o ich satysfakcję nam chodzi, a o ich skuteczność w działaniu. Ze smutkiem konstatuję, iż napięcia walki tych hord przeradzają się we wzajemną nienawiść, która kreuje wzajemną nienawiść w części bezrefleksyjnego odłamu społeczeństwa. Takie sianie nienawiści powoduje przekonanie o (jakoby istniejącym) podziale społeczeństwa na prawdziwych i nieprawdziwych Polaków. Wydaje mi się to jakąś zbiorową hipnozą. Przecież jesteśmy w znakomitej większości społeczeństwem katolickim, wyznającym zasady dekalogu, który potępia nienawiść nakazując kultywowanie miłości bliźniego w jednym z najważniejszych przykazań. Co się to porobiło?

Co, a bardziej kto to wprowadza? Wy - szanowni czytelnicy mych myśli - wiecie i ja wiem. To elity polityczne wszystkich barw ostatnich lat. Przykład idzie z góry. Jesteśmy narodem, który wielokrotnie w historii dał przykład skutecznego łączenia się w obliczu zagrożenia zewnętrznego. Skutecznie te zagrożenia odpieraliśmy, ale z chwilą odzyskania choćby tylko przyczółka wolności, wstępował w nas demon niezgody i budować, pracować od podstaw nie potrafiliśmy. Co za fatum nas wiedzie? Jak odwrócić ten szkodliwy trend?

Może trzeba zwrócić się do czołowych haseł polskiego pozytywizmu. Pozytywiści rozumieli konieczność pracy na rzecz najbiedniejszych i najbardziej upośledzonych warstw narodu, które mając możność pełniejszego włączania się w struktury społeczne, swoją pracą pomnożą bogactwo ogólnonarodowe. Sięgnąć trzeba do zajmujących miejsce u podstaw społeczeństwa, do warstw wykształconych, a mamy ich w dużej ilości dzięki wysokiemu dziś stopniu scholaryzacji. Tu wielkim cieniem kładzie się potwarz rzucona na nasz naród przez prominentnego dziś polityka słowami o wykształciuchach. Już tę pogardę przeżyliśmy, jak wspomnimy sobie słowa nienawistne wypowiedziane przez równie prominentnego polityka czerwonego okresu, niejakiego Wiesława. Jego niechęć do inteligencji była jedną z przewodnich myśli jego polityki. Pamiętna jest jego nienawiść m.in. do: Pawła Jasienicy, Adama Michnika czy Leszka Kołakowskiego. Moim zdaniem, jeśli dziś jakiś polityk emanuje nienawiścią do innych polityków na publicznych forach, to sam skazuje się na banicję z obszaru publicznego.

Chciałbym doczekać czasów, gdy merytoryczna, rzeczowa i inteligentna rozmowa zastąpi słyszane dziś między politykami nieetyczne, prawie wulgarne ujadania. Myślę jednak tak jak koryfeusz polskiej myśli politycznej Leszek Kołakowski, że żyjąc w kraju chrześcijańskim, doświadczymy siłę tego chrześcijaństwa, która objawi się w świadomości społecznej umiejętnością budowania zapór przeciwko nienawiści. Bo, zaiste sama wiara w Jezusa - odkupiciela byłaby próżna i martwa, gdyby nie pociągała za sobą rezygnacji z motywu nienawiści, zgodnie ze słowami powtarzanymi w codziennej naszej modlitwie Pańskiej: "odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom".

Zamykam stronę i idę w kierunku urny, by swoją małą mocą oddanego głosu, chociaż iluzorycznie wziąć udział w narodowej debacie. Życzę wszystkim doskonałych wyborów!

J u r g i s

sobota, 13 listopada 2010

Moje wątpliwości ekonomiczno-ideologiczne

Od wielu lat wraca w niekończących się rozmowach na forum rodziny lub na spotkaniach przyjacielskich temat relacji między bogactwami naturalnymi tkwiącymi w naszej Ziemi Śląskiej a pożytkami z nich płynącymi. Jedna ze stron w tych rozmowach uważa, iż pożytki z posiadania określonych bogactw naturalnych i ich wydobywania powinny być własnością całego narodu. Jak było od zarania wieków.Otóż pożytki te - nazwijmy je zyskami - były udziałem, własnością właściciela ziemi, pod którą zalegały. Reszta narodu nie miała w tym udziału. Szczególna grupa ludzi pracujących przy ich wydobywaniu miała przy tym pracę, w której była wykorzystywana w sposób prawie niewolniczy. Czy zapłata za ich prace była jakąś formą udziału w korzyściach eksploatacyjnych?


Szły lata i wieki, zmieniały się formy własności, zmieniali się właściciele od królów, książąt, przez różne spółki aż do formy znacjonalizowanej przez państwo od wieku XIX aż do dni obecnych. Dziś mamy preferowaną przez wszystkie opcje polityczne prywatyzację, co jest odmianą prywatnej własności praktykowanej już w wiekach dawnych. Co ma z tego naród nie będący w żadnym prawnym stosunku własnościowym do omawianych dóbr? Nabywający np. kopalnię nowoczesny właściciel będzie czerpał korzyści z eksploatacji złoża tylko dla siebie, płacąc na rzecz państwa tylko należne podatki, opłaty koncesyjne i niewiele więcej. Czy to jest sprawiedliwe na miarę świadomości społecznej XXI wieku?



Nie potrafię sobie odpowiedzieć na te wątpliwości. Wedle jakiej ekonomii mają być regulowane zasady podziału pożytku z bogactw naturalnych tkwiących w ziemi? I ich przetwarzania. Sensownym wydał mi się pomysł by sprawami eksploatacji, przetwarzania i sprzedaży zajmował się jakiś ekonomiczny twór i by korzyściami obdzielona została cała populacja narodu. Już mi to wszystko zaczęło pasować, gdy wtrącił mi się jakiś domorosły ideolog mówiąc, iż już to przerabialiśmy i nazywało się to komuną, w której obowiązywały takie przykazania:
1. Wyeliminowanie prywatnego monopolu z kluczowego dla społeczeństwa przemysłu;
2. Zmniejszenie nierówności społecznych;
3. Ograniczenie wolnej konkurencji i tworzenie państwowego monopolu;
4. Zmiana odpowiedzialności przed właścicielami, na odpowiedzialności przed “bardziej sprawiedliwą” władzą państwową;
5. Nacjonalizacja zyskownych przedsiębiorstw, aby ich dochody zasilały państwo, a nie prywatnych udziałowców;
6. Nacjonalizacja upadających firm, aby uchronić je przed skutkami niegospodarności dzięki czemu za błędy managerów płacą wszyscy obywatele, a nie tylko przedsiębiorstwo.



Byliśmy świadkami krachu takiego rozwiązania. Trwa to do dziś. I co dalej? Podobne wątpliwości dotyczą innych rodzajów krajowej działalności przemysłowej i rolniczej. Jaki model pozyskiwania korzyści z dóbr naturalnych i ich przetwarzania byłby idealnie sprawiedliwy? Czy ktoś mógłby mi podać bodajże kierunek myślenia w tej materii? Czy na tym - ponoć - najlepszym świecie jest do pomyślenia idealna sprawiedliwość? Jeśli kogoś to zainteresowało, to proszę o udział w dyskusji.



Wszelkiej sprawiedliwości wszystkim życzący
J u r g i s

sobota, 6 listopada 2010

Szeleszcząca Polska Jesień

Szumi wiatr jesienną nutą,
Szumią uschłe liście drzew,
Szumi sad ofertą sutą,
Szumi wszelki polny krzew.

Szczerzy zęby kołek w płocie
Szczerbą tkwiący w sztachet rzędzie.
Wiszą na nim grochu krocie
Nim spiżarnia pełna będzie.

Zaś u Dziadka we wsi strojnej
Pełen sąsiek plonów szczodrych,
Które dzięki pracy znojnej
Chlebków nam przysporzą dobrych.

Mości sobie myszka mała
Ciepły domek z kłosków zboża,
Też wiewiórka ruda cała
Myka po gałęziach hoża.

Chwalmy polską jesień naszą
Co barwniejsza jest od tęczy,
Niech nam zimą nie pogaszą
Barwy flory -dyskurs wdzięczny.

Szczęście człowiek szczerze mieści,
W tym co czci od zamierzchłych lat.
Słuchać chatko gdy nas pieści
Dobrym słowem przyjazny świat.

niedziela, 24 października 2010

Odezwa (pół)prywatna

Zwracam się do rodowitych córek i synów Ziemi Śląskiej i do wszystkich szczerych serc nieśląskich, którzy Ziemię Śląską wybrali za swą małą ojczyznę, ale z nami wspólnie kochają tę Ziemię, z propozycją zainicjowania intelektualnego ruchu myśli śląskiej. Zamysł mój, choć jeszcze nieopierzony i w konkretach jeszcze niewyartykułowany, postaram się w zarysie prostym przedstawić. Wpierw jednak powiedzieć chcę i muszę, parę słów o przyczynach takiego zamysłu.

Otóż boli mnie od dawien dawna obiegowo krążąca opinia o nas Ślązakach, zarzucająca nam, jakobyśmy byli narodem prostackim, tylko ciężkiej pracy fizycznej godni i sposobni. Jest to kłamliwe, niesprawiedliwe i obłudne mniemanie, rozpowszechniane przez dawnej i obecnej proweniencji nieżyczliwe nam „polskie” środowiska. Piszę „polskie” w cudzysłowie z wielką przykrością i bólem. Nie powinienem tak mówić, boć i my Ślązacy Polakami jesteśmy. W samej rzeczy tak jest. Posądzenia o brak własnej rodowitej inteligencji słyszało się już w latach przedwojennych, w których na świecie mnie nie było, ale znam je z opowiadań mych rodziców. Są dla tych opinii pewne przesłanki w charakterze naszych współplemieńców. Skromność jest pierwszą... (nie wiem co powiedzieć) wadą. Nazwał to trybun Ślązaków Kazimierz Kutz zbyt ostrym słowem: dupowatość. A może jest to zaletą charakterologiczną? Dalszą przesłanką jest pracowitość wpajana dzieciom od zarania. Znów mam dylemat, bo przez to uważają nas za naród roboli. Uczciwość, po polsku - frajerstwo, co ja zwię umiłowaniem prostych szczerych relacji międzyludzkich. Silne więzi rodzinne widoczne przez kilka pokoleń. Też rubaszność w mowie śląskiej i umiejętność żartowania z siebie samych.

Mamy wielu koryfeuszy różnych dziedzin nauki, sztuki i techniki o śląskim rodowodzie, ale na tle wyżej wymienionych cech z małą siłą przebicia. Zamysłem moim - może zbyt naiwnym - jest zainicjowanie potrzeby zbierania się ludzi inteligentnych i stworzenie kuźnicy myśli swobodnej osadzonej w naszej tożsamości i historii śląskiej. Nie mogą to być żadne gremia o zabarwieniu politycznym, lecz ludzie czystych serc i intencji. Wiążę z tą inicjatywą przyszłe fakty wykluwania się form działalności na rzecz wzmocnienia śląskości w wielkiej rodzinie narodów polskich i europejskich. Może ktoś w mej intencji dopatrzy się zabarwienia nacjonalistycznego, nie wypieram się tego. Jest to próba buntu przeciw ogarniającej dzisiejsze czasy unifikacji ludzkiej działalności i przerażającej w skutkach globalizacji. Chcę przerwać dyskryminację Ślązaków we własnym kraju. Wszak dyrektywy unijne - mające moc prawa - nakazują otaczać wszelką opieką mniejszości i odmiany etniczne. Pielęgnować ich działania, bo to są wyznaczniki bogactwa kulturowego wielonarodowej Europy. Nie jest to żadna myśl o secesji, którą w świadomej niewiedzy zarzucają nam, Ślązakom, przeciwnicy dobrej ustawy o mniejszości narodowej, etnicznej i języku regionalnym. Może w tej inicjatywie da się wygenerować dobrą wolę polityków ze Śląska w którymś kolejnym rozdaniu wyborczym.

Takie nieformalne spotkania (nocne Ślązaków rozmowy) mogłyby się odbywać w jakiejś miłej zacisznej kawiarence przy kufelku złotej zupy chmielowej i kromce chleba z tustym. Wielkiego wsparcia mógłby tu udzielić Związek Górnośląski i na wskroś śląskie Rado Piekary. Sam tej mej inicjatywy nie zrealizuję, przeto liczę na wsparcie ludzi podobnie myślących, i w tej nadziei przedstawiam Szanownym Czytelnikom mego bloga, moje myśli nieuczesane, ale z pewnością naznaczone internacjonalizmem.